Feeds:
Posts
Comments

Archive for the ‘Ojciec Kiemlicz’ Category

>Jako że mój ostatni wpis był pesymistyczny, to tym razem postaram się rozładować atmosferę.
Jeżeli jeszcze nie całkiem zwariowaliśmy, to w całej tej sytuacji powinno być nas stać na uśmiech.
Poniższym wpisem zainauguruję na swoim blogu cykl pt.”Ojciec prać?”, którym postaram się rozweselić nie tylko siebie.
Nie będzie to jedyne miejsce gdzie ukażą się perypetie rodziny Kiemliczów.
Mam gorącą nadzieję, że czytając “Ojciec prać?”, niejednokrotnie ktoś się uśmiechnie.




OJCIEC PRAĆ?-PAN TWARDOWSKI


tary Kiemlicz wytarł rękawem zsiadłe mleko, które pozostało mu na wąsach.
Gdy Kosma z Damianem odsunęli już opróżnione talerze i puste kubki po zapitce, wówczas  Kiemlicz oparł się o dębowy stół i wlepił wzrok w synów.
-Opowiem wam synkowie pewną historię. Rzecz ta działa się dawno temu, kiedy to w Krakowie żył pewien szlachcic któremu Twardowski było.
Zapałał on chęcią wielką do posiadania wiedzy tajemnej i czarownikiem chciał on zostać.
Młode Kiemlicze wytrzeszczyli oczy na ojca i rozziawiwszy usta jęli słuchać ojcowej opowieści.
-Czart z piekła przybył na pomoc Twardowskiemu i obdarzył go mocą magiczną, ale w zamian zażądał duszy szlachcica.
-Ojciec, a ile duszów miał Twardowski?-pyta Kosma.
-Jak to ile, każdy człowiek ma tylko jedną duszę.
-No to jak on miał jedną, to diabeł do piekła przecież ją chciał zabrać. Ja to by diabłowi swojej duszy nie oddał, choćby młodszą córkę młynarza mi dał na zawsze. Ach!- westchnął Kosma.
-A ja by mu duszy nawet nie oddał, jakby mi cały antał wina dawał, tego co karczmarz najdrożej sprzedaje-odzywa się Damian.
-Za swoją duszę, to Twardowski sam sobie mógł i córkę młynarza wyczarować, a wina to tyle mógł natworzyć, że i cały Kraków by go przez miesiąc nie wypił.
-Jak by my ojciec tam pojechali, to by my wypili!-z rozmarzeniem rzecze Kosma.
-Cichajcie niecnoty durne! Będziecie w słowo mi wpadać, to zapomnę com miał powiedzieć i nie skończę tej historii opowiadać.
-Mówcie ojciec mówcie-równocześnie odzywają się bracia.
-Twardowski synkowie moi, postanowił diabła oszukać i gdy ten mu cyrograf do podpisania pod nos podsadził, nasz szlachcic dopisał na nim, że dusza jego jedynie z Rzymu może być do piekła porwana. Wiedział on dobrze bowiem, że do Rzymu  nigdy nie pojedzie.
-A kto to jest Rzym-pytają razem młode Kiemlicze.
-Kto to Rzym? Rzym to nie człowiek, a miasto odwieczne, które w dalekiej Italii leży.
-To tak jak u nas Kraków-ponownie razem odzywają się bliźniacy.
-Tak, tak, tak jak Kraków, a Kraków to nie człowiek przecież-odpowiada stary Kiemlicz i na moment zapatrzył się w sufit. Spuścił wzrok. Spojrzał na swoje pociechy i zaczął kontynuować:
-Po tym jak dar mocy nieczystej Twardowski posiadł, to sławę on i majątek wielki pozyskał dzięki niej. Żył tak sobie Pan Twardowski z uciech wszelkich korzystając i ani myślał z umowy się wywiązać i do Rzymu pojechać, ażeby przyobiecaną duszę czortu oddać. Pewnego razu Twardowski udał się do karczmy, ażeby z kompanami pohulankę urządzić. Podczas gdy biesiadowała kompania, wina beczki całe w siebie wlewając, lulki paląc i z dzierlatkami się zabawiając, nagle ni stąd ni zowąd po środku karczmiennej izby diabeł we własnej osobie stanął.
-A miał rogi i kopyta?-pyta  Kosma.
-No właśnie-dodaje Damian.
-No a jakże. Rogi miał jak ten jeleń co na wrzosowisko wieczorem przychodzi, a kopyta takie jak u naszego gniadosza, tylko dwa razy większe.
-O Jezu święty!- krzyczy Damian z wystraszonymi oczyma.
-Słuchajcie, słuchajcie synkowie mili, bo to jeszcze nie koniec. Diabeł duszy zażądał od szlachcica, który w biesiadzie uczestniczył, a ten ze śmiechem rzecze do niego:
-Ty czarcie to chyba szkół żadnych nie kończyłeś i czytać nie umiesz, bo w cyrografie zapisane jest, że tylko w Rzymie moja duszę możesz posiąść.
-Ta Karczma “Rzym” się nazywa, mości Twardowski-ryczy gromkim głosem diabeł i porywa Twardowskiego ze sobą.
-Ojciec, a co kompany jego na to, przecież szable mieli to i czarta na kawałki posiekać mogli, jak my tego …-tu Damian nie skończył, gdyż ojciec mu przerwał.
-Cichaj, cichaj Damianie. Nic już nie mów, bo jeszcze kto usłyszy. Kompany szable mieli i pistolety, ale na diabła to nic nie działa. 
-I co, i co ojciec dalej?-pytają obaj synowie.
-Pan Twardowski jeżdżąc po Polsce ludzi i zwierzęta lecząc, opłaty sowite za to zbierał, a żeby wyglądać inaczej niż wszyscy, to koguta sobie on wyczarował, na którym jak na koniu jeździł od miasta do miasta i gdy czart Twardowskiego do piekła ciągnąć za kołnierz od żupana zaczął, to ten koguta owego zdążył chwycić i razem z sobą go do piekła pociągnął. Wielka trwoga go po drodze synkowie moi mili wzięła i tęsknota do ziemi. Zaczął on Godzinki śpiewać do Panienki Przenajświętszej i modlić się jął do Niej szczerze.
-Też umiemy śpiewać godzinki-mówią równocześnie bracia.
-Ale rozumu za to nie macie wcale!-ripostuje stary.
-Twardowski też go nie miał jak dał się złapać-mówi Kosma.
Stary Kiemlicz zmarszczył czoło, zamyślił się trochę i powiedział:
-No chyba nie miał-odrzekł i przez moment wpatrywał się  w kosmowe oczy.
-Powiem dalej, że Mateczka Przenajświętsza wysłuchała Twardowskiego i sprawiła, że czort puścił ze swoich łap strasznych szlachcica, a ten szybko na koguta wskoczył i na Księżyc poleciał i żyje ci ten Twardowski tam, aż po dziś dzień.
W izbie zapanowała cisza, a młodzi Kiemlicze patrzyli na ojca z wytrzeszczonymi oczyma.
Wtem Kosma się zrywa i leci na złamanie karku na podwórze,
Ojciec z Damianem zerwali się równolegle i wybiegli za nim.
Patrzą, a Kosma zdążył już wyskoczyć z kurnika i siedzi na kogucie.
-Co ty robisz na litość boską?-wrzeszczy stary Kiemlicz.
-Na księżyc lecę!- krzyczy Kosma.
-O Matko Boska, że też takimi głupkami mnie pokarałaś!-żali się stary.
-Załóż choć czapkę bo na Księżycu zimno, a ja nie Twardowski, że naczaruję dukatów na medyka!


(Sad Clown)




Uważam, że wielkim zaniedbaniem z mojej strony byłoby niezamieszczenie przy tej okazji wspaniałej ballady o Pani Twardowskiej autorstwa samego mistrza Adama Mickiewicza.
Zanim zacytuję wiersz Mickiewicza, pragnę przedstawić wspaniały rysunek piórkiem, którego autorem jest Michał Elwiro Andriolli, pochodzący z 1890roku zatytułowany “Rozmowa Twardowskiego z diabłem”.


(Michał Elwiro Andriolli-“Rozmowa Twardowskiego z diabłem”)



O tyle o ile sylwetki autora ballady o Pani Twardowskiej nikomu przedstawiać nie trzeba, to przy sylwetce Michała Elwiro Andriolli na moment się zatrzymam.
Jego ojciec przybył do Polski wraz z armią napoleońską i osiadł w Wilnie, gdzie też się ożenił.
Sam Michał walczył w Powstaniu Styczniowym w rezultacie czego został osadzony w więzieniu z którego udało mu się uciec.
Po ucieczce przebywał w Anglii oraz Francji.
Kiedy podjął próbę powrotu do Polski, to niestety, ale został pojmany przez Rosjan i skatowany niemalże na śmierć.
Został on skazany tak brzmiącym wyrokiem:

Przestępcę politycznego Elwira Andriolli pozbawić wszelkich praw i wysłać na roboty katorżne na przeciąg 15 lat.

Wyrok potem złagodzono i Michał został zesłany do Wiatki, gdzie przebywał w latach 1866-1871.
Właśnie w tym okresie uczył on rysunku Annę Bilińską .
Kiedy w roku 1871 Michał Elwiro Andriolli został zwolniony, uzyskał on również pozwolenie na powrót do Warszawy z czego natychmiast skorzystał.
Zasłynął jako jeden z najlepszych rysowników i ilustratorów swojej epoki.
Współpracował z takimi wydawnictwami jak “Kłosy” oraz “Tygodnik Ilustrowany”.
Tworzył wspaniałe ilustracje do dzieł literackich.
Z jego ilustracjami wydano “Marię” Antoniego Malczewskiego, “Balladynę” i “Lillę Wenedę” Juliusza Słowackiego, “Stara Baśń” Józefa Kraszewskiego oraz “Konrada Wallenroda” Adama Mickiewicza.
Sławę przyniosły mu ilustracje do mickiewiczowskiego “Pana Tadeusza”.
Michał Elwiro Andriolli zmarł w Nałęczowie w 1893 roku.




PANI TWARDOWSKA-BALLADA


Jedzą, piją, lulki palą,
Tańce, hulanka, swawola.
Ledwie karczmy nie rozwalą,
Cha cha, chi chi, hejże hola!


Twardowski siadł w końcu stoła,
Podparł się w boki jak basza,
“Hulaj duszo, hulaj” – woła,
Śmieszy, tumani, przestrasza.


Żołnierzowi, co grał zucha,

Wszystkich łaje i potrąca,

Świsnął szablą koło ucha,

Już z żołnierza masz zająca.

Na patrona z trybunału,

Co milczkiem wypróżniał rondel,

Zadzwonił kieską pomału,

Z patrona robi się kondel.

Szewcu w nos wyciął trzy szczutki,

Do łba przymknął trzy rureczki,

Cmoknął, cmok, i gdańskiej wódki

Wytoczył ze łba pół beczki.

Wtem gdy wódkę pił z kielicha.

Kielich zaświstał, zazgrzytał;

Patrzy na dno: Co u licha?

Po coś tu, kumie, zawitał?
Diablik to był w wódce na dnie,

Istny Niemiec, sztuczka kusa;

Skłonił się gościom układnie,

Zdjął kapelusz i dał susa.
Z kielicha aż na podłogę

Pada, rośnie na dwa łokcie,

Nos jak haczyk, kurzą nogę

I krogulcze ma paznokcie.

“A! Twardowski; witam, bracie!”

To mówiąc bieży obcesem:

“Cóż to, czyliż mię nie znacie?

Jestem Mefistofelesem.

Wszak ze mnąś na Łysej Górze

Robił o duszę zapisy;

Cyrograf na byczeJ skórze

Podpisaleś ty, i bisy

Miały słuchać twego rymu;

Ty, jak dwa lata przebiegą,

Miałeś pojechać do Rzymu,
By cię tam porwać jak swego.

Już i siedem lat uciekło,

Cyrograf nadal nie służy;

Ty, czarami dręcząc piekło,

Ani myślisz o podróży.

Ale zemsta, choć leniwa,

Nagnała cię w nasze sieci;

Ta karczma Rzym się nazywa,

Kładę areszt na waszeci.”
Twardowski ku drzwióm się kwapił

Na takie dictum acerbum,

Diabeł za kuntusz ułapił:

“A gdzie jest nobile verbum?”

Co tu począć? kusa rada,

Przyjdzie już nałożyć głową.

Twardowski na koncept wpada

I zadaje trudność nową.

“Patrz w kontrakt, Mefistofilu,

Tam warunki takie stoją:

Po latach tylu a tylu,

Gdy przyjdziesz brać duszę moją,
Będę miał prawo trzy razy

Zaprząc ciebie do roboty?

A ty najtwardsze rozkazy
Musisz spełnić co do joty.

Patrz, oto jest karczmy godło,

Koń malowany na płótnie;

Ja chcę mu wskoczyć na siodło,

A koń niech z kopyta utnie.

Skręć mi przy tym biczyk z piasku,
Żebym miał czym konia chłostać,

I wymuruj gmach w tym lasku,
Bym miał gdzie na popas zostać.

Gmach będzie z ziarnek orzecha,

Wysoki pod szczyt Krępaku,

Z bród żydowskich ma być strzecha,
Pobita nasieniem z maku.

Patrz, oto na miarę ćwieczek,

Cal gruby. długi trzy cale,

W każde z makowych ziareczek

Wbij mi takie. trzy bratnale”.

Mefistofil duchem skoczy,

Konia czyści, karmi, poi,

Potem bicz z piasku utoczy

I już w gotowości stoi.
Twardowski dosiadł biegusa,

Próbuje podskoków, zwrotów,

Stępa, galopuje, kłusa,

Patrzy, aż i gmach już gotów.
No! wygrałeś, panie bisie;

Lecz druga rzecz nic skończona,

Trzeba skąpać się w tej misie,

A to jest woda święcona.
Diabeł kurczy się i krztusi,

Aż zimny pot na nim bije;

Lecz pan każe, sługa musi,

Skąpał się biedak po szyję.
Wyleciał potem jak z procy,

Otrząsł się, dbrum! parsknął raźnie.

“Teraz jużeś w naszej mocy,

Najgorętsząm odbył łaźnię.”
“Jeszcze jedno, będzie kwita,
Zaraz pęknie moc czartowska;

Patrzaj, oto jest kobiéta,

Moja żoneczka Twardowska.

Ja na rok u Belzebuba

Przyjmę za ciebie mieszkanie,

Niech przez ten rok moja luba

Z tobą jak z mężem zostanie.

Przysiąż jej miłość, szacunek

I posłuszeństwo bez granic;

Złamiesz choć jeden warunek.

Już cała ugoda za nic.”
Diabeł do niego pół ucha,

Pół oka zwrócił do samki,

Niby patrzy, niby słucha,

Tymczasem już blisko klamki.

Gdy mu Twardowski dokucza,
Od drzwi, od okien odpycha,

Czmychnąwszy dziurką od klucza,

Dotąd jak czmycha, tak czmycha
.

(Adam Mickiewicz)



Frank Duval – Akordeon



Advertisements

Read Full Post »