Feeds:
Posts
Comments

Archive for the ‘Damian Kiemlicz’ Category

>



Witam wiosennie wszystkich miłych Gości!
Wiosna to taka pora, kiedy to w nas samych wszystko odżywa na nowo, na modłę tego co dzieje się wokół nas w tym okresie.
Nie będę odkrywczy, jeżeli stwierdzę, iż jest to najpiękniejsza z pór roku.
Zaiste wiosenną przygodę przeżył Kosma w poniżej prezentowanym, odcinku z cyklu “Ojciec prać?”, kiedy to podczas połowu ryb, doznał iście wiosennego przeżycia z piękną Zuzanną, choć akcja osadzona jest w porze letniej.
Zapraszam!
Kąpiąca się.jpg
(Pierre-Auguste Renoir-Kąpiąca się)



osma wsiadł do łodzi i jął wiosłować, a po przepłynięciu przestrzeni wyznaczonej pasem przybrzeżnych zarośli, skierował łódkę na prawo, jednakże nie oddalał się od trzcin, bowiem mgła tego poranka przypominała rozlane w przestrzeni mleko i słusznie uznał, że przybrzeżne rośliny wodne będą dlań drogowskazem do miejsca w którym zwykle zarzuca sieć, co w efekcie wzbogaca jego dietę, a także brata i starego Kiemlicza  o pożywne ryby, których w jeziorze nie brakuje.
Płynął łódką wsłuchując się w odgłosy mgielnego poranka.
Ciszę mącił jedynie delikatny plusk, powodowany spadającą wodą z wioseł w momencie kiedy te były uniesione ponad jej powierzchnią.Trzymając się zarośli dotarł do miejsca w którym na brzegu dominują stare sosny, a sygnałem na to, że jest to miejsce połowu, są kończące się tu trzciny, gdyż ma w tym miejscu swoje ujście do jeziora bardzo mały, ale wartki strumień. Żółty piach nanoszony przez potok, utworzył  przy jego ujściu dość rozległą płyciznę wchodzącą na pokaźną odległość wgłąb jeziora.
Uwiązawszy powrozem łódkę do pnia zwalonego drzewa, Kosma zdjął spodnie, koszulę i w samych to gaciach wskoczył do wody, która w tym miejscu sięgała mu nieco ponad kolana.Spojrzał w niebo i dostrzegł , że mgła zaczęła się przerzedzać, ukazując tym samym fragmenty pięknego, błękitnego nieba.
Pod pachę wziął kije służące do rozstawienia sieci, samą sieć zawiesił na ramieniu i powoli zaczął się poruszać w kierunku przeciwległym do brzegu. Po pokonaniu pewnej odległości, gdy wodę czuł już pod samą szyją, począł wbijać pierwszy kij, a po tym jak uznał, że stoi on sztywno w wodzie, umocował do niego kraniec sieci. Z resztą kijów uporał się szybko.
Kiedy sieć była już poprawnie zamocowana, powrócił on do łodzi, odwiązał ją i skierował się ponownie wzdłuż brzegu do miejsca, które było nieopodal, a które to miejsce bardzo lubił ze względu na jego urokliwy charakter.
Łatwo dostrzegł, że osiągnął swój cel, gdyż miejsce w którym Kosma oczekiwał na ryby w sieci, było zatoczką porośniętą przepięknymi nenufarami.


Osiągnąwszy środek zatoki, Kosma położył się na ławce w łódce, kładąc sobie pod głowę zwinięte portki.
Spoglądał na niebo, które było już dobrze widoczne, a sama mgła spowijała jedynie przestrzeń około metra nad wodą.
Zadowolony, że sieć już została zarzucona, oddał się błogiej drzemce.
W lesie już na dobre rozśpiewały się ptaki, a wkoło można było słyszeć latające owady, kiedy to Kosma otworzył oczy i zaczął sobie uświadamiać, że jest w swojej łódce i że oczekuje na obfitą zawartość w rozstawionej wcześniej sieci.
-Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus-rzekł sam do siebie uznając, iż godnym będzie w taki sposób przywitać ten jakże piękny poranek.
Leżał jeszcze chwilę wpatrując się w czyściutkie, błękitne niebo.
Gdy uniósł lekko głowę, to spostrzegł, że otaczają go dookoła trzciny.
Łódka podczas drzemki, po prostu zdryfowała do brzegu.
Kosma powstał i podczas gdy przeciągał się ziewając, padł nagle na dno łodzi niczym rażony piorunem.
Cały zaczął się trząść jak galareta i po tym jak się przeżegnał, głowę lekko ponad trzciny wystawił i ujrzał po raz wtóry na drugim brzegu zatoczki kobiecą postać, korzystająca z porannej kąpieli w jeziorze.
Jej pochylona sylwetka przykuła wzrok Kosmy i stał on w łódce jak wryty, a twarz przyozdobiona została rozziawem z wytrzeszcem podczas gdy młodzieniec przyglądał się postaci.
Dziewczyna nagle wyprostowała się, odrzucając do tyłu pukle pięknych, złotych włosów ukazując swoją twarz w której Kosma natychmiast rozpoznał młodszą córkę młynarza.
Dłońmi nanosiła ona orzeźwiającą wodę z jeziora na swoje piękne ciało.
Kiedy Kosma ujrzał jej piersi, runął z hukiem na dno łodzi, bo w tym momencie po prostu zemdlał, a odbyło się to z takim łomotem, że postać przypominająca świteziankę usłyszała to i szybko założyła na swoje ciało białą, lnianą, obszerna koszulę i zaraz potem udała się do źródła dziwnych odgłosów.
-Hej, żyjesz kawalerze? -usłyszał jakby z zaświatów Kosma i kiedy otworzył oczy, to ujrzał piękną twarz dziewczyny pochylonej nad nim w łódce.
-Chyba tak-odpowiedział nie bardzo wiedząc co się z nim dzieje.
Dziewczyna w tym czasie zdążyła go wziąć pod pachy i posadzić nie bez wysiłku na ławce.
Kosma rozcierając dłonią tył głowy, w miejscu gdzie go bolało po upadku, rzecze do dziewczyny:
-Jestem Kosma Kiemlicz-i dalej masuje obolałą potylicę.
-Wiem, wszak widuję cię w kościele. Ja jestem Zuzanna i jestem córka młynarza.
-Wiem, wszak widuję cię w kościele-odpowiedział jak echo Kosma, nie zdając sobie sprawy z tego, że głupio to zabrzmiało.
-Czy ty mnie podglądałeś podczas mojej kąpieli?-zapytuje Zuzanna, która w tej chwili ma wlepiony wzrok w jakże szeroka klatkę piersiową Kosmy.
Kosma w tym momencie poczerwieniał na twarzy jak malina i znowu mu się we łbie kręcić zaczęło i szybko odparł:
-Ależ skąd, ja…ja…ja jestem na jeziorze, ażeby ryb nałapać i … i… zasnąłem w łódce, a …a gdy się obudziłem i wstałem, to…to ujrzałem twoja postać na brzegu i…i…i…dalej to już nic nie pamiętam, aż do chwili jak mnie obudziłaś. Musiałem chyba zasnąć ponownie.
Zuzanna czule spojrzała w Kosmowe oczy i westchnęła głęboko.
-Jak chcesz, to mogę pomóc ci przy zwijaniu sieci.
-Dzięki Zuzanno, będę szczerze zobowiązany-odpowiada Kosma, zastanawiając się skąd mu takie składne słowa do głowy przyszły.
-Poczekaj, wrócę tylko na brzeg, ażeby zabrać swój koszyk. No, a może byś poszedł ze mną?
-Tak…tak, pójdę z tobą.
Oboje wyskoczyli  z łódki i udali się brzegiem do miejsca w którym Zuzanna się wcześniej kąpała.
Dopiero teraz Kosma uzmysłowił sobie, że Zuzanna jest odziana jedynie w długą lnianą koszulę, a on sam tylko w gaciach paraduje.
Poczuł w trzewiach stado motyli i szybko sobie uświadomił, że tym razem o takim zjawisku ojcu mówić nie będzie i ponownie potarł głowę, przypominając sobie zajście z dzbanem rozbitym przez starego Kiemlicza na jego łbie.
Gdy ona powiewnym krokiem poruszała się przed nim, on podążał ociężale za dziewczyną, podziwiając z tyłu jej wspaniałą postać z długimi, pięknymi włosami, które teraz były uplecione we wspaniały warkocz.
-Mam tutaj chleb z masłem i trochę mleka, chcesz się posilić?
Kosma skinął potwierdzająco głową, wpatrując się rozpalonymi oczami w piękną twarz Zuzanny.
Dwoma kęsami uporał się z pokaźna pajdą chleba z masłem, którą popił szybko mlekiem z dzbanka, nie spuszczając przy tym ani na moment wzroku z twarzy dziewczyny.
-Mam jeszcze dwa jabłka, chcesz jedno?-pyta Zuzanna.
-Później-wrzasnął Kosma i susem wskoczył do jeziora. Podpłynął do miejsca w którym na wodzie unosiły się wspaniałe, białe nenufary i począł je zrywać.
Gdy wychodził z wody, miał ich w dłoniach siedem, a może dziewięć sztuk i ze wszystkich zwisały długie łodygi, które Kosma chronił przed zabrudzeniem w piasku, podnosząc rękę z kwiatami ponad głowę.
Kiedy zbliżył się do Zuzanny, oplótł jej szyję łodygami lilii w taki sposób, że wszystkie kwiaty zwisały na piersiach dziewczyny.
Usiedli w tym samym momencie na trawie i gdy patrzyli sobie w oczy, Zuzanna zatopiła swoja dłoń w gęstej czuprynie Kosmy dotykając jego skroni.
-Boże, nie zabieraj mi teraz świadomości-modlił się w myślach Kosma. 
Oboje w objęciach czując wzajemnie swój zapach, położyli się na trawie.
-Jest mi tak pięknie,-wyszeptał Kosma do ucha Zuzanny- że nie potrafię powiedzieć, co się ze mną…

Kosma wszedł do izby z portkami w ręku.
Włosy miał roztargane, a wzrok jego był zupełnie nieprzytomny.
Damian ze starym Kiemliczem popatrzyli na niego jak na ducha jakiegoś, po czym spojrzeli po sobie.
-Gdzie sieć, gdzie ryby?-pyta stary Kiemlicz.
Dopiero teraz zaczęła rzeczywistość przemawiać do Kosmy.
-O rety!!!-krzyknął i szybko wybiegł z chaty udając się biegiem nad jezioro, gdzie zdarzyło mu się zapomnieć o całym bożym świecie.
-To nie był sen!!!-ryknął Kosma, kiedy to wsiadał do łódki, ażeby udać się po pełne ryb sieci.

(Sad Clown)


Plik:Claude Monet - Waterlilies (Rome).jpg



(Claude Monet-Lilie Wodne)



Fotografie pochodzą z sieci.

Advertisements

Read Full Post »

>







(Adres fotografii: Irish Views)



siężyc wieścił swoją obecność rzucając srebrno-złotą poświatę na kiemliczowe obejście, podczas gdy Damian wyszedł na podwórko, ażeby donieść drewna do chałupy.

Gdy naładował na rękę odpowiednią ilość polan, podniósł w górę oczy i ujrzawszy wspaniały miesiąc w towarzystwie pięknych gwiazd na lutowym niebie, westchnął:
-Ojeju, jak pięknie.
Gdy powrócił do chaty, ojciec podkładał do pieca, wkładając w ogień kawał smolnego drewna.
Damian złożył polana na podłodze. Gdy stary Kiemlicz wstał na równe nogi, to odezwał się tymi słowy:
-Jako, że jutro dzień boży i roboty my żadnej wykonywać nie będziem, to dzisiaj synkowie moi mili napijemy się gorzałki, aby nam się rozumy rozjaśniły i ażeby z lepszym animuszem w poniedziałek do zajęć naszych codziennych przystąpić.


-Ojcieeec!-krzyknęli równolegle młodzi Kiemlicze i spojrzeli na starego wzrokiem, jakim przed momentem Damian podziwiał niebo.
Stary Kiemlicz wyciągnął spod koszuli klucz, który zawsze mu dynda na piersi na solidnym rzemieniu.
Podszedł do spiżarni, której drzwi zamknięte były wielką kłódką.
Kiedy już wszedł do wewnątrz, obrócił nagle głowę w kierunku synów, którzy w tym samym momencie natychmiast wbili swój wzrok w klepisko.
Po chwili krzątania się w pilnie strzeżonym przybytku, stary Kiemlicz ukazał się z powrotem z glinianą flachą w jednej dłoni i pokaźnym kawałkiem wędzonego boczku w drugiej.
Z namaszczeniem położył skarby na stole i cofnął się, ażeby zakluczyć kłódkę.
Kosma natychmiast chwycił nóż i jął kroić chleb na grube pajdy, a i plastry boczku oddzielające się od całości, nie były cieniutkie.
Damian na stole ustawił dzban z zsiadłym mlekiem oraz kubki.
Gdy stary napełnił kubki gorzałką, wzniósłszy swój w górę, powiedział:
-Wypijmy synkowie moi mili za to, ażeby proceder przez nas uprawiany, przynosił nam zawsze sowite zyski!


-Wypijmy!!!-zakrzyknęli obaj bracia i cała trójka szybko opróżniła zawartość w swoich naczyniach.
Ojciec natychmiast napełnił owe ponownie mocnym trunkiem i krzyknął:
-Na zdrowie synkowie!!!
-Na zdrowie ojciec!!!-ryknęli Damian z Kosmą.
Kiedy ponownie w kubkach ukazało się dno, a trunek przyjemnym ciepłem zdążył się rozlać po trzewiach biesiadników, to Kosma patrząc w przestrzeń półprzytomnym wzrokiem rzecze:
-O rety, jak mi pięknie! Jest mi tak pięknie, jak wtedy com córkę młynarza nad rzeką podglądał jak się myła i czułem ja wtedy, jakbym to motyla jakiego we brzuchu posiadał!
To co wydarzyło się po tych słowach, trwało zaledwie sekundę. Stary zerwał się od stołu chwyciwszy dzban z zsiadłym mlekiem i zdzielił nim Kosmę w łeb tak, że w dłoni starego Kiemlicza jedynie ucho od dzbana zostało.
Kosma stanął z rozziawioną gębą i błędnym wzrokiem patrzył na starego, podczas gdy z czarnej czupryny zsiadłe mleko spływało po twarzy, zatrzymując się na wąsach, a z nich dwoma strużkami spływało na ziemię.
-Ha ha ha!!!-roześmiał się Damian-wyglądasz jak ten duch, co obłąkana Hanka, ta od Żyda co suknem na targu handluje, o nim opowiada.
-Ha ha ha!!!-zawtórował stary, uznając za śmieszne porównanie Damiana. 
Kosma w tym czasie nadal stał jak ten duch, nie bardzo wiedząc, co z sobą zrobić.
-Idź się umyj synku, co byś nas tu na śmierć nie zastraszył-mówi stary Kiemlicz popychając syna w kierunku drzwi.
Kiedy już czysty Kosma wrócił spod studni, ojciec nalał do kubków gorzałki i rzekł:
-Zanim po raz kolejny skosztujemy tego szlachetnego trunku, to opowiem wam synkowie moi mili historię, która sławę na cała okolicę Żydowi co go Damian wspomniał, przyniosła.

zyd4.jpg

Że człek to jest chytry wielce, tak więc postanowił on, oduczyć swojego konia jeść, ażeby dukatów na obroku zaoszczędzić.
-Jak to?-razem krzyknęli Młodzi Kiemlicze.
-A tak, tak, taki to diabelski pomysł we łbie mu się zrodził. Nie dał koniu żreć w pierwszy i drugi dzień. Potem w trzeci, czwarty i piąty.
-I co ojciec, i co?-pytają synowie.
-Byłby go Żyd pewnie i oduczył, ale w szóstym dniu koń zdechł.
-To przecież i nasze konie by zdechły jak by im żreć nie dać-dumnie uzupełnia ojca Damian.
-Kury też by zdechły, gdyby je pod kluczem zamknąć i ziarna nie dać-dodaje Kosma.
Ojciec poprędce przeanalizował wypowiedź Kosmy i uznał, że chyba po uderzeniu dzbanem, nie jest z nim aż tak źle.
-Ojciec, ale wy nas nie będziecie oduczać jeść?-zapytuje Damian.
Stary popatrzył na syna groźnym wzrokiem, aż ten struchlał i przyglądał mu się przez chwilę, po czym ryknął śmiechem i rzekł:
-Synkowie moi mili, czy ja wyglądam na Żyda?-i ponownie zaczął się gromko śmiać.
-Nie wyglądacie ojciec-odrzekł uspokojony takim obrotem sprawy Damian.
-Ha ha ha!-zaczął się nagle śmiać Kosma nie bardzo wiedząc z czego.
Ojciec uważnie popatrzył na Kosmę, drapiąc się po głowie i rzecze zwracając się do Damiana:
-Przynieś no synku wody, bo nie mamy czym popić, gdyż Kosma całe mleko wypił, ha ha ha!
-Buahahahahaha!!!!-równocześnie Kosma z Damianem odpowiedzieli śmiechem.
Damian z cebrzykiem staną koło żurawia przy studni i ponownie popatrzył na niebo.
Patrząc na księżyc i gwiazdy, westchnął i rzekł do siebie:
-Ja jak widzę córkę kowala krzątającą się po kowalowym obejściu, to też czuję jakiego motyla w brzuchu, ale ojcu o tym mówić nie będę. Ach!-wziął cebrzyk z wodą i ruszył do chałupy pamiętając dobrze, że na stole stoi kubek napełniony gorzałką.




SUPER TRAMP-DON’T LEAVE ME NOW






Read Full Post »

>Jako że mój ostatni wpis był pesymistyczny, to tym razem postaram się rozładować atmosferę.
Jeżeli jeszcze nie całkiem zwariowaliśmy, to w całej tej sytuacji powinno być nas stać na uśmiech.
Poniższym wpisem zainauguruję na swoim blogu cykl pt.”Ojciec prać?”, którym postaram się rozweselić nie tylko siebie.
Nie będzie to jedyne miejsce gdzie ukażą się perypetie rodziny Kiemliczów.
Mam gorącą nadzieję, że czytając “Ojciec prać?”, niejednokrotnie ktoś się uśmiechnie.




OJCIEC PRAĆ?-PAN TWARDOWSKI


tary Kiemlicz wytarł rękawem zsiadłe mleko, które pozostało mu na wąsach.
Gdy Kosma z Damianem odsunęli już opróżnione talerze i puste kubki po zapitce, wówczas  Kiemlicz oparł się o dębowy stół i wlepił wzrok w synów.
-Opowiem wam synkowie pewną historię. Rzecz ta działa się dawno temu, kiedy to w Krakowie żył pewien szlachcic któremu Twardowski było.
Zapałał on chęcią wielką do posiadania wiedzy tajemnej i czarownikiem chciał on zostać.
Młode Kiemlicze wytrzeszczyli oczy na ojca i rozziawiwszy usta jęli słuchać ojcowej opowieści.
-Czart z piekła przybył na pomoc Twardowskiemu i obdarzył go mocą magiczną, ale w zamian zażądał duszy szlachcica.
-Ojciec, a ile duszów miał Twardowski?-pyta Kosma.
-Jak to ile, każdy człowiek ma tylko jedną duszę.
-No to jak on miał jedną, to diabeł do piekła przecież ją chciał zabrać. Ja to by diabłowi swojej duszy nie oddał, choćby młodszą córkę młynarza mi dał na zawsze. Ach!- westchnął Kosma.
-A ja by mu duszy nawet nie oddał, jakby mi cały antał wina dawał, tego co karczmarz najdrożej sprzedaje-odzywa się Damian.
-Za swoją duszę, to Twardowski sam sobie mógł i córkę młynarza wyczarować, a wina to tyle mógł natworzyć, że i cały Kraków by go przez miesiąc nie wypił.
-Jak by my ojciec tam pojechali, to by my wypili!-z rozmarzeniem rzecze Kosma.
-Cichajcie niecnoty durne! Będziecie w słowo mi wpadać, to zapomnę com miał powiedzieć i nie skończę tej historii opowiadać.
-Mówcie ojciec mówcie-równocześnie odzywają się bracia.
-Twardowski synkowie moi, postanowił diabła oszukać i gdy ten mu cyrograf do podpisania pod nos podsadził, nasz szlachcic dopisał na nim, że dusza jego jedynie z Rzymu może być do piekła porwana. Wiedział on dobrze bowiem, że do Rzymu  nigdy nie pojedzie.
-A kto to jest Rzym-pytają razem młode Kiemlicze.
-Kto to Rzym? Rzym to nie człowiek, a miasto odwieczne, które w dalekiej Italii leży.
-To tak jak u nas Kraków-ponownie razem odzywają się bliźniacy.
-Tak, tak, tak jak Kraków, a Kraków to nie człowiek przecież-odpowiada stary Kiemlicz i na moment zapatrzył się w sufit. Spuścił wzrok. Spojrzał na swoje pociechy i zaczął kontynuować:
-Po tym jak dar mocy nieczystej Twardowski posiadł, to sławę on i majątek wielki pozyskał dzięki niej. Żył tak sobie Pan Twardowski z uciech wszelkich korzystając i ani myślał z umowy się wywiązać i do Rzymu pojechać, ażeby przyobiecaną duszę czortu oddać. Pewnego razu Twardowski udał się do karczmy, ażeby z kompanami pohulankę urządzić. Podczas gdy biesiadowała kompania, wina beczki całe w siebie wlewając, lulki paląc i z dzierlatkami się zabawiając, nagle ni stąd ni zowąd po środku karczmiennej izby diabeł we własnej osobie stanął.
-A miał rogi i kopyta?-pyta  Kosma.
-No właśnie-dodaje Damian.
-No a jakże. Rogi miał jak ten jeleń co na wrzosowisko wieczorem przychodzi, a kopyta takie jak u naszego gniadosza, tylko dwa razy większe.
-O Jezu święty!- krzyczy Damian z wystraszonymi oczyma.
-Słuchajcie, słuchajcie synkowie mili, bo to jeszcze nie koniec. Diabeł duszy zażądał od szlachcica, który w biesiadzie uczestniczył, a ten ze śmiechem rzecze do niego:
-Ty czarcie to chyba szkół żadnych nie kończyłeś i czytać nie umiesz, bo w cyrografie zapisane jest, że tylko w Rzymie moja duszę możesz posiąść.
-Ta Karczma “Rzym” się nazywa, mości Twardowski-ryczy gromkim głosem diabeł i porywa Twardowskiego ze sobą.
-Ojciec, a co kompany jego na to, przecież szable mieli to i czarta na kawałki posiekać mogli, jak my tego …-tu Damian nie skończył, gdyż ojciec mu przerwał.
-Cichaj, cichaj Damianie. Nic już nie mów, bo jeszcze kto usłyszy. Kompany szable mieli i pistolety, ale na diabła to nic nie działa. 
-I co, i co ojciec dalej?-pytają obaj synowie.
-Pan Twardowski jeżdżąc po Polsce ludzi i zwierzęta lecząc, opłaty sowite za to zbierał, a żeby wyglądać inaczej niż wszyscy, to koguta sobie on wyczarował, na którym jak na koniu jeździł od miasta do miasta i gdy czart Twardowskiego do piekła ciągnąć za kołnierz od żupana zaczął, to ten koguta owego zdążył chwycić i razem z sobą go do piekła pociągnął. Wielka trwoga go po drodze synkowie moi mili wzięła i tęsknota do ziemi. Zaczął on Godzinki śpiewać do Panienki Przenajświętszej i modlić się jął do Niej szczerze.
-Też umiemy śpiewać godzinki-mówią równocześnie bracia.
-Ale rozumu za to nie macie wcale!-ripostuje stary.
-Twardowski też go nie miał jak dał się złapać-mówi Kosma.
Stary Kiemlicz zmarszczył czoło, zamyślił się trochę i powiedział:
-No chyba nie miał-odrzekł i przez moment wpatrywał się  w kosmowe oczy.
-Powiem dalej, że Mateczka Przenajświętsza wysłuchała Twardowskiego i sprawiła, że czort puścił ze swoich łap strasznych szlachcica, a ten szybko na koguta wskoczył i na Księżyc poleciał i żyje ci ten Twardowski tam, aż po dziś dzień.
W izbie zapanowała cisza, a młodzi Kiemlicze patrzyli na ojca z wytrzeszczonymi oczyma.
Wtem Kosma się zrywa i leci na złamanie karku na podwórze,
Ojciec z Damianem zerwali się równolegle i wybiegli za nim.
Patrzą, a Kosma zdążył już wyskoczyć z kurnika i siedzi na kogucie.
-Co ty robisz na litość boską?-wrzeszczy stary Kiemlicz.
-Na księżyc lecę!- krzyczy Kosma.
-O Matko Boska, że też takimi głupkami mnie pokarałaś!-żali się stary.
-Załóż choć czapkę bo na Księżycu zimno, a ja nie Twardowski, że naczaruję dukatów na medyka!


(Sad Clown)




Uważam, że wielkim zaniedbaniem z mojej strony byłoby niezamieszczenie przy tej okazji wspaniałej ballady o Pani Twardowskiej autorstwa samego mistrza Adama Mickiewicza.
Zanim zacytuję wiersz Mickiewicza, pragnę przedstawić wspaniały rysunek piórkiem, którego autorem jest Michał Elwiro Andriolli, pochodzący z 1890roku zatytułowany “Rozmowa Twardowskiego z diabłem”.


(Michał Elwiro Andriolli-“Rozmowa Twardowskiego z diabłem”)



O tyle o ile sylwetki autora ballady o Pani Twardowskiej nikomu przedstawiać nie trzeba, to przy sylwetce Michała Elwiro Andriolli na moment się zatrzymam.
Jego ojciec przybył do Polski wraz z armią napoleońską i osiadł w Wilnie, gdzie też się ożenił.
Sam Michał walczył w Powstaniu Styczniowym w rezultacie czego został osadzony w więzieniu z którego udało mu się uciec.
Po ucieczce przebywał w Anglii oraz Francji.
Kiedy podjął próbę powrotu do Polski, to niestety, ale został pojmany przez Rosjan i skatowany niemalże na śmierć.
Został on skazany tak brzmiącym wyrokiem:

Przestępcę politycznego Elwira Andriolli pozbawić wszelkich praw i wysłać na roboty katorżne na przeciąg 15 lat.

Wyrok potem złagodzono i Michał został zesłany do Wiatki, gdzie przebywał w latach 1866-1871.
Właśnie w tym okresie uczył on rysunku Annę Bilińską .
Kiedy w roku 1871 Michał Elwiro Andriolli został zwolniony, uzyskał on również pozwolenie na powrót do Warszawy z czego natychmiast skorzystał.
Zasłynął jako jeden z najlepszych rysowników i ilustratorów swojej epoki.
Współpracował z takimi wydawnictwami jak “Kłosy” oraz “Tygodnik Ilustrowany”.
Tworzył wspaniałe ilustracje do dzieł literackich.
Z jego ilustracjami wydano “Marię” Antoniego Malczewskiego, “Balladynę” i “Lillę Wenedę” Juliusza Słowackiego, “Stara Baśń” Józefa Kraszewskiego oraz “Konrada Wallenroda” Adama Mickiewicza.
Sławę przyniosły mu ilustracje do mickiewiczowskiego “Pana Tadeusza”.
Michał Elwiro Andriolli zmarł w Nałęczowie w 1893 roku.




PANI TWARDOWSKA-BALLADA


Jedzą, piją, lulki palą,
Tańce, hulanka, swawola.
Ledwie karczmy nie rozwalą,
Cha cha, chi chi, hejże hola!


Twardowski siadł w końcu stoła,
Podparł się w boki jak basza,
“Hulaj duszo, hulaj” – woła,
Śmieszy, tumani, przestrasza.


Żołnierzowi, co grał zucha,

Wszystkich łaje i potrąca,

Świsnął szablą koło ucha,

Już z żołnierza masz zająca.

Na patrona z trybunału,

Co milczkiem wypróżniał rondel,

Zadzwonił kieską pomału,

Z patrona robi się kondel.

Szewcu w nos wyciął trzy szczutki,

Do łba przymknął trzy rureczki,

Cmoknął, cmok, i gdańskiej wódki

Wytoczył ze łba pół beczki.

Wtem gdy wódkę pił z kielicha.

Kielich zaświstał, zazgrzytał;

Patrzy na dno: Co u licha?

Po coś tu, kumie, zawitał?
Diablik to był w wódce na dnie,

Istny Niemiec, sztuczka kusa;

Skłonił się gościom układnie,

Zdjął kapelusz i dał susa.
Z kielicha aż na podłogę

Pada, rośnie na dwa łokcie,

Nos jak haczyk, kurzą nogę

I krogulcze ma paznokcie.

“A! Twardowski; witam, bracie!”

To mówiąc bieży obcesem:

“Cóż to, czyliż mię nie znacie?

Jestem Mefistofelesem.

Wszak ze mnąś na Łysej Górze

Robił o duszę zapisy;

Cyrograf na byczeJ skórze

Podpisaleś ty, i bisy

Miały słuchać twego rymu;

Ty, jak dwa lata przebiegą,

Miałeś pojechać do Rzymu,
By cię tam porwać jak swego.

Już i siedem lat uciekło,

Cyrograf nadal nie służy;

Ty, czarami dręcząc piekło,

Ani myślisz o podróży.

Ale zemsta, choć leniwa,

Nagnała cię w nasze sieci;

Ta karczma Rzym się nazywa,

Kładę areszt na waszeci.”
Twardowski ku drzwióm się kwapił

Na takie dictum acerbum,

Diabeł za kuntusz ułapił:

“A gdzie jest nobile verbum?”

Co tu począć? kusa rada,

Przyjdzie już nałożyć głową.

Twardowski na koncept wpada

I zadaje trudność nową.

“Patrz w kontrakt, Mefistofilu,

Tam warunki takie stoją:

Po latach tylu a tylu,

Gdy przyjdziesz brać duszę moją,
Będę miał prawo trzy razy

Zaprząc ciebie do roboty?

A ty najtwardsze rozkazy
Musisz spełnić co do joty.

Patrz, oto jest karczmy godło,

Koń malowany na płótnie;

Ja chcę mu wskoczyć na siodło,

A koń niech z kopyta utnie.

Skręć mi przy tym biczyk z piasku,
Żebym miał czym konia chłostać,

I wymuruj gmach w tym lasku,
Bym miał gdzie na popas zostać.

Gmach będzie z ziarnek orzecha,

Wysoki pod szczyt Krępaku,

Z bród żydowskich ma być strzecha,
Pobita nasieniem z maku.

Patrz, oto na miarę ćwieczek,

Cal gruby. długi trzy cale,

W każde z makowych ziareczek

Wbij mi takie. trzy bratnale”.

Mefistofil duchem skoczy,

Konia czyści, karmi, poi,

Potem bicz z piasku utoczy

I już w gotowości stoi.
Twardowski dosiadł biegusa,

Próbuje podskoków, zwrotów,

Stępa, galopuje, kłusa,

Patrzy, aż i gmach już gotów.
No! wygrałeś, panie bisie;

Lecz druga rzecz nic skończona,

Trzeba skąpać się w tej misie,

A to jest woda święcona.
Diabeł kurczy się i krztusi,

Aż zimny pot na nim bije;

Lecz pan każe, sługa musi,

Skąpał się biedak po szyję.
Wyleciał potem jak z procy,

Otrząsł się, dbrum! parsknął raźnie.

“Teraz jużeś w naszej mocy,

Najgorętsząm odbył łaźnię.”
“Jeszcze jedno, będzie kwita,
Zaraz pęknie moc czartowska;

Patrzaj, oto jest kobiéta,

Moja żoneczka Twardowska.

Ja na rok u Belzebuba

Przyjmę za ciebie mieszkanie,

Niech przez ten rok moja luba

Z tobą jak z mężem zostanie.

Przysiąż jej miłość, szacunek

I posłuszeństwo bez granic;

Złamiesz choć jeden warunek.

Już cała ugoda za nic.”
Diabeł do niego pół ucha,

Pół oka zwrócił do samki,

Niby patrzy, niby słucha,

Tymczasem już blisko klamki.

Gdy mu Twardowski dokucza,
Od drzwi, od okien odpycha,

Czmychnąwszy dziurką od klucza,

Dotąd jak czmycha, tak czmycha
.

(Adam Mickiewicz)



Frank Duval – Akordeon



Read Full Post »